Bogdan Herburt Kozieł (ur. 1963), ideolog tradycjonalizmu integralnego,
doktorant filozofii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach (pisze pracę na temat
myśli Juliusa Evoli), publikuje stale m.in. na łamach "Szczerbca" i
"Stańczyka".
***
P: Byłeś założycielem pierwszej polskiej organizacji
narodowo-radykalnej "Przełom Narodowy", potem zafascynowała cię myśl
tradycjonalizmu integralnego oraz ezoteryzm. Skąd te zainteresowania?
O: Nim zainteresowałem się narodowym radykalizmem, przeszedłem
głęboką fascynację faszyzmem. To było jeszcze w liceum. Szukałem najbardziej
radykalnego antidotum na komunizm. Ponieważ propaganda komunistyczna w
najbardziej czarnych barwach malowała faszyzm, więc poświęciłem się studiom nad
takimi ugrupowaniami. Pod koniec lat 80. zacząłem się wreszcie interesować ich
polskimi odpowiednikami, stąd moje zainteresowania nurtem narodowym, zwłaszcza
polskim narodowym radykalizmem.
P: To było zainteresowanie naukowca, który analizuje jakąś postać,
czy też angażowałeś się w sprawę emocjonalnie?
O: Wtedy było to zainteresowanie instynktowne. Teraz dopiero wiem,
że najbardziej pociągające w narodowym radykalizmie były dla mnie wątki
tradycjonalistyczne, wizja uporządkowanego świata, wątki
hierarchiczno-autorytarne. Także sama dynamika ruchów faszystowskich, kult
młodości, kult działania. Nie było u mnie fascynacji programem społecznym
faszyzmu czy nawet filozofią faszystowską.
P: Jak obecnie to oceniasz: czy narodowy radykalizm jest jakąś
odpowiedzią na wyzwanie współczesności?
O: Narodowy radykalizm w takiej formie, w jakiej funkcjonował w
międzywojniu, na pewno już nie da się przełożyć na warunki współczesności, nie
da się go zaadoptować w pełni. Jeżeli coś jest w nim wartościowego, to tylko
wątki konserwatywno-tradycjonalistyczne i postawa niezgody na otaczający
system, ten jego aspekt rewolucyjno- antysystemowy. Uważam natomiast, że hasła
nacjonalistyczne nie znajdują już żadnego punktu odniesienia we współczesnej
rzeczywistości, to mija się z celem, ponieważ samo pojęcie narodu stało się
czymś tak abstrakcyjnym, nie przemawiającym do ludzi żyjących obecnie, że siłą
rzeczy te hasła, które stanowiły szkielet ideowy ówczesnych ugrupowań
narodowo-radykalnych, dzisiaj trafiają w próżnię. I pomysły narodowo-radykalne,
aby uzdrowić współczesny kryzys cywilizacyjny, są z góry chybione.
P: Rezygnujesz z ideologii narodowo-radykalnych jako
anachronicznych, jaka myśl twoim zdaniem prawidłowo opisuje współczesny kryzys?
O: Jeżeli chodzi o inne ideologie polityczne, w zasadzie najwięcej
elementów pozwalających na dokonanie wartościowej i aktualnej analizy świata,
to ja bym szukał u rewolucyjnych konserwatystów niemieckich, jednak przede
wszystkim w ideologii myślicieli tradycjonalizmu integralnego, jak René Guénon
czy Julius Evola. Ich myśl w latach międzywojennych funkcjonowała na marginesie
ideologii dominującej - faszyzmu, nigdy się z nią nie wiążąc. Dopiero w latach
60., zwłaszcza we Włoszech, była wykorzystywana w ugrupowaniach
narodowo-radykalnych jako fundament ideowy, z mniejszym lub większym
zrozumieniem samej istoty tej myśli. Koncepcja tradycjonalizmu integralnego
dostrzega rozkład tradycyjnego ładu, który miał zakorzenienie w porządku
transcendentnym, w porządku wyższego rzędu, który był uwarunkowany religijnie.
Wskazuje na zagubienie więzi człowieka z sacrum, zagubienie zakorzenienia
całego porządku społecznego w porządku sakralnym. Porządek doczesny ma sens
tylko wówczas, gdy stanowi odzwierciedlenie porządku transcendentnego, kiedy
jest usankcjonowany prawami wyższymi aniżeli tylko prawa stanowione przez
człowieka.
P: Co ci dało zetknięcie się z myślą Evoli, co takiego zrozumiałeś
czytając jego prace?
O: Największa wartość myśli Evoli polega na tym, że przedstawia ona
pewną usystematyzowaną wizję świata. Nie tylko pozwala zrozumieć procesy
zachodzące we współczesności, ale pozwala je umiejscowić w całym cyklu
rozwojowym ludzkości, daje historiozofię i koncepcje dziejów cywilizacji, nie
tylko europejskiej, ale w ogóle rozwoju cywilizacji światowej na przestrzeni
wieków, w świetle której to, co dzieje się obecnie, staje się całkowicie
zrozumiałe. Jest pewien logiczny porządek rozwoju dziejowego świata, to
odwieczna walka tradycji i antytradycji, dwóch różnych typów cywilizacji. Z
jednej strony cywilizacji tradycyjnej opartej na wartościach męskich,
heroicznych, solarnych. To wizja świata hierarchicznego, wizja świata, w którym
ludzie są zróżnicowani, gdzie istnieje pewien ład oparty na porządku
transcendentalnym. Ta cywilizacja jest przeciwstawiona wizji świata
antytradycji - egalitarnego, chaotycznego, który oparty jest na całkowicie
innym podejściu do sacrum, negującym wartości wyższego rzędu. Świat jest tam
przedstawiony zupełnie inaczej niż w tradycji hiperborejskiej, w tradycji
solarnej, gdzie mamy człowieka jako istotę sprawczą, działającego, walczącego,
próbującego zmieniać świat, człowieka, który czuje się związany z bóstwem,
związany z sacrum. Hiperborejczyk jest sprawcą, podmiotem działającym,
bojownikiem walczącym w porządku materialnym, ziemskim o realizację porządku
zupełnie innego, wyższego rzędu, w przeciwieństwie do koncepcji lunarnej, gdzie
człowiek reprezentuje bierne poddanie się siłom bóstwa hedonistycznego. Taki
człowiek reprezentuje kapitulację wobec najniższych instynktów, pewien regres w
stosunku do własnej duchowości.
P: Evola wnosi pewien nowy paradygmat metafizyczny, to nie jest
chrześcijaństwo. On w ogóle inaczej rozumie chrześcijaństwo, które jest dla
niego jedynie jakimś etapem w rozwoju dziejów. Teraz zresztą ten etap
chrześcijański przemija. Czy ty podzielasz takie myślenie?
O: Trudno jest wyrokować jednoznacznie czy chrześcijaństwo jest
przezwyciężane, natomiast faktem jest, że chrześcijaństwo znajduje się teraz w
stanie głębokiego kryzysu. Koncepcja tradycjonalizmu integralnego opiera się na
szerszej perspektywie, wychodzi z założenia, że chrześcijaństwo jest tylko
jedną z manifestacji religijnych. Jedną z wielu manifestacji sacrum, bóstwa na
przestrzeni historycznego rozwoju dziejów ludzkości. Evola czy Guénon nie
negują wartości religii przedchrześcijańskich, takich jak religia wedyjska,
indyjskich Ariów, jak religie pogańskiej Grecji, jak religie ludów germańskich.
Najbardziej pierwotnej formy religijnej nie jesteśmy już w stanie odtworzyć.
Koncepcja historiozoficzna Evoli jest zbieżna z tym, co niosą ze sobą przekazy
tradycyjne zawarte w wielkich religiach - czy to w religii hellenistycznej, czy
indo-aryjskiej. Jest to koncepcja postępującego rozwoju dziejów, która ujmuje
cywilizacje w pewien cykl zmierzający od narodzin, poprzez fazę ekspansji, do
form schyłkowych. Mamy zatem koncepcję czterech wielkich wieków ludzkości,
gdzie na początku mamy złoty wiek, potem srebrny, spiżowy i żelazny. Rozwój
dziejów nie jest linearno-postępowy, przeciwnie: jest to faza zmierzająca od
pewnego czystego modelu, który stopniowo degeneruje się i dochodzimy do momentu
kryzysowego, kiedy to następuje koniec cyklu i po krótszym lub dłuższym okresie
chaosu mamy początek nowego cyklu. W tym kontekście nasza epoka sytuuje się w
fazie schyłkowej, w fazie, którą w historiozofii hinduistycznej nazywa się
"kaliuki" - fazą ostatniego wieku, wieku ciemnego, czasów bogini Kali, kiedy
siły elementarne, destrukcyjne, siły ciemności nabierają rozpędu, tryumfują.
P: Czy koniec cyklu wyznacza pewną metodę działania? Czytając
prasę narodowo-rewolucyjną napotkać można często w tym kontekście jüngerowski
model rewolty niszczącej zastany model świata, przybliżającej moment chaosu, z
którego dopiero ma wyłonić się jakiś nowy świat.
O: W sytuacji schyłkowej możliwe są różne postawy. Możliwa jest
postawa czynna, niektórzy akurat odczuwają jakiś pęd do działania, jest to ta
postawa, której fundamenty Evola starł się stworzyć w swoim dziele "Ujarzmianie
Tygrysa". Chodzi w niej o aktywne zaangażowanie się w procesy tego świata, ale
tak rozumiane zaangażowanie, które nie pozwoli na podtrzymywanie zmurszałego
porządku. Nie można podpierać ruin świata odchodzącego w przeszłość, świata,
który już de facto jest tylko godny zniszczenia, bo jest to świat mieszczański,
który zrodził się w okresie schyłkowym, który nie ma już nic wspólnego z
tradycją. Sensownym podejściem jest zatem przyspieszanie procesów
destrukcyjnych, aby wydarzenia jak najszybciej dobiegły swego końca.
P: Czym może się charakteryzować to przyśpieszanie końca świata?
Czy taką formą aktywności nie była działalność grupy Imperium, z którą Evola
sympatyzował? Czy takie działanie może zakładać terroryzm? W swoim "Manifeście
nihilizmu mistycznego" napisałeś: "Jednakże najpiękniejszym, najczystszym i
najwznioślejszym aktem buntu, kwintesencją rewolty przeciw Systemowi, będzie
dla mnie zawsze czyn szaleńca, który rozrywa się bombą w przepełnionym
supermarkecie, pociągając wraz z sobą w otchłań śmierci trzy tysiące
bezmyślnych dzieci Systemu."
O: Myślę, że w sprawie podpalania domów towarowych to była bardziej
prowokacja z mojej strony. Z kolei grupa Imperium ograniczała się do działań
czysto intelektualnych. Jest pewne niebezpieczeństwo, w które wmanewrowały się
niektóre środowiska próbujące ortodoksyjnie inspirować się Evolą i po niezbyt
rozważnej analizie tekstu dosiadające tego tygrysa. Terroryzm jest to za daleko
posunięta konsekwencja, gdyż naprawdę nie chodzi o podkładanie bomb, ale jeżeli
już, to o podkładanie bomb intelektualnych, kulturowych czy metapolitycznych. W
tym kontekście ujmowałbym to zagadnienie, chociaż nie będę się wypierał, że
jednostki, które w desperacji, z rozpaczy, próbują tego typu działań, nie
skazuję na potępienie, jeżeli ma to oczywiście swoje zdrowe granice, jeżeli ów
akt przemocy kierowany jest przeciwko systemowi, a nie zupełnie przypadkowym
celom. Uważam za przykład bardzo pozytywny to, co obecnie dzieje się w
ambasadzie Japonii w Limie. Ci ludzie z Tupac Amuru kierujący się zupełnie
innym systemem wartości niż mój, wychodząc ze światopoglądu lewicowego,
przyczyniają się jednak do pewnej destrukcji obecnego ładu. Występują przeciwko
establishmentowi, przeciwko systemowi rozwiniętego kapitalizmu. Jest to jedna z
form przyczyniania się do rozkładu współczesnej rzeczywistości. Chociaż o wiele
bardziej skuteczne są te metody, które sam współcześnie tryumfujący kapitalizm
narzuca społeczeństwu, to one właściwie prowadzą do większego chaosu.
P: Jaka jest druga metoda poza "ujarzmianiem tygrysa"?
O: Drugą metodą jest próba stworzenia sobie pewnej enklawy,
środowiska, oazy na tej współczesnej postmodernistycznej pustyni, które by
kultywowały tradycyjne wartości. Jest to metoda tworzenia pewnych grup ludzi,
pełniących rolę strażników kultury cywilizacji, aby ta nadchodząca epoka nie
musiała budować z niczego, aby mogła czerpać jeszcze z czegokolwiek
wartościowego, co istnieje we współczesnym świecie, co nam jeszcze tradycja
przekazała. Jest to rola porównywalna do funkcji chrześcijaństwa w epoce
wędrówek ludów. To klasztory chrześcijańskie pełniły właśnie taką funkcję,
kiedy benedyktyni przechowywali cały zasób wiedzy jaka została po epoce
starożytnej, była to przecież wiedza dotycząca nie tylko doktryny
chrześcijańskiej, była to też szersza wiedza. Przechowywano teksty klasyków
starożytnej filozofii, dziedzictwo cywilizacji hellenistycznej, łacińskiej.
Sądzę, że istnienie równoległe tego typu centrów w obecnej epoce jest równie
ważne, o ile nie ważniejsze niż działanie typu aktywistycznego, jest to po
prostu kwestia podejścia. Ale nie ma sensu działanie polegające na takim
konserwatyzmie typu XIX - wiecznego , który konserwuje, coś co zasługuje na
zniszczenie.
P: Ale co ty rozumiesz przez tę tradycję, co takiego miałoby być
konserwowane? Według ciebie chrześcijaństwo jest zaledwie jedną z inkarnacji
bóstwa, więc nie jest tą esencją tradycji. Zatem co ma być treścią konserwacji?
O: Tradycja w myśli evoliańskiej, w myśli Guénona ma niewiele
wspólnego z potocznym rozumieniem słowa tradycja. Tradycja jest rozumiana tutaj
jako model w zasadzie transcendentny, jest to wizja ładu przede wszystkim
sakralnego dopiero w drugim rzędzie ładu społecznego. Ten ład istnieje
niezależnie od tego, co tu i teraz rozgrywa się na ziemi w płaszczyźnie
materialnej, doczesnej. Ta wizja układa się w pewien porządek hierarchiczny. Na
czele tego porządku stoi wartość najwyższa, stoi bóstwo, sfera sacrum. Dopiero
z niej wypływa cały porządek doczesny. Nie można mówić o hierarchii, jeżeli nie
ma punktu odniesienia. Nie można mówić o systemie wartości, jeżeli nie jest on
zaczepiony w czymś absolutnym, jeżeli nie jest on nadany z góry. Tradycja, o
której pisze Evola, jest przekazana nam u źródeł naszej cywilizacji,
cywilizacji solarnej, hiperborejskiej. Opierała się ona na wizji człowieka
działającego tutaj na ziemi z mandatu boskiego, jego celem jest realizacja
porządku idealnego w rzeczywistości doczesnej.
P: Ale gdzie szukać źródeł tradycji, o której mówisz?
O: Evola, Guénon i inni czerpali przede wszystkim z tekstów
źródłowych wielkich religii oraz z całego zasobu mitologii, które obecnie
traktowane są tylko w sensie profańskim, jako legenda, bajka, wytwór ludzkiego
umysłu. Tymczasem teksty zarówno religijne, jak teksty ze sfery mitologii -
hellenistyczne, germańskie, Indii aryjskich, pozwalają nam odkryć zasady
rządzące ówczesnym światem, sposób myślenia, odczuwania zupełnie inny od
obecnego. Ten sposób, który leżał u źródeł historii ludzkości, kiedy panował
określony porządek, wypływający z wiedzy pierwotnej, z wiedzy przekazanej w tym
czasie, kiedy ludzkość miała ułatwiony codzienny kontakt z sacrum. Gdyż była
nieskażona przez procesy dekadencji.
P: Jak na tle procesów dekadencji pojmujesz chrześcijaństwo?
O: Chrześcijaństwo pojawia się w zasadzie już w fazie ostatniego
wieku dziejów ludzkości, w epoce ciemnej i pełni rolę dość ambiwalentną. Na
początku chrześcijaństwo stanowiło czynnik rozkładowy w ramach cywilizacji
rzymskiej, cywilizacji antycznej, z tym, że był to czynnik przyśpieszający
pewne procesy nieuchronnego rozkładu, bo tak naprawdę ówczesna cywilizacja
antyczna i tak się już kończyła. Stąd chrześcijaństwo ówczesne może być
przykładem tego podejścia, które Evola zarysował w "Ujarzmianiu tygrysa". Było
to rozkładanie starego porządku, ale jednocześnie budowanie nowego porządku,
który w bardzo dużej mierze zachowywał w sobie wartościowe pierwiastki
tradycyjnego ładu. Na owoce tego trzeba było czekać stosunkowo długo, bo do
okresu rozwiniętego średniowiecza. Cały urok tego ładu średniowiecznego polega
na tym, że jest to ostatnia w dziejach manifestacja tradycyjnego porządku,
który trwał dzięki chrześcijaństwu. Religia zasymilowała w sobie także wartości
tradycyjne dawnych ludów aryjskich, niesione instynktownie przez ludy
germańskie, barbarzyńskie.
P: Czyli nie traktujesz chrześcijaństwa jako wydarzenia jedynego i
kluczowego w dziejach, które ma transcendentne znaczenie? Osoba Chrystusa nie
jest w koncepcji Evoli Drugą Osobą Trójcy Świętej?
O: W koncepcji evoliańskiej nie. Evola nie neguje wartości religii
przedchrześcijańskich, one niosły w sobie w dużym zakresie tradycyjną
religijność, która była gdzieś u źródeł, której nie jesteśmy w stanie już
odtworzyć. Najbardziej wartościowe byłoby dla nas dotarcie do pierwotnej
manifestacji religijnej, która była manifestacją bóstwa. Niestety, nie mamy na
ten temat żadnych przekazów źródłowych, nie mamy żadnych tekstów religijnych.
Tak samo, jak nie jesteśmy w stanie odtworzyć tego pierwotnego ładu
istniejącego w cywilizacji hiperborejskiej, która rozwijała się na kontynencie
antarktycznym, polarnym. Wówczas ludzkość znajdowała się w stanie pośrednim
między elementem czysto ludzkim a elementem boskim.
P: Evola odmawiał chrześcijaństwu wyjątkowego charakteru na tle
innych wierzeń. Domyślam się, że także to nie chrześcijaństwo, w jego i twoim
przekonaniu, jest tą siła, która może obudzić duchowo przyszłą cywilizację?
O: Chrześcijaństwo po przemianach jakie się dokonały w ciągu
ostatnich dziesięcioleci, moim zdaniem, ale taka jest też konkluzja Evoli, ma
bardzo małe szanse na pobudzenie duchowe obecnej cywilizacji, ponieważ w bardzo
dużym stopniu zatraciło pierwiastki tradycjonalistyczne. To, co obecnie dzieje
się w chrześcijaństwie, to jest manifestacja tych wszystkich pierwiastków
antyhierarchicznych, egalitarystycznych, demokratycznych, objawiła się odmienna
koncepcja relacji pomiędzy człowiekiem a bóstwem, koncepcja zbliżona bardziej
do religii antytradycjonalistycznych, w religii typu lunarnego, typu
tellurycznego. Tak jak np. w judaizmie, gdzie zatraca się pojęcie człowieka
sprawcy, działającego jako mandatariusz Boga, stróża ładu bożego na ziemi.
P: Czy istnieje współcześnie jakaś duchowość, którą oceniasz jako
dynamiczną, tryumfalną?
O: Nie dostrzegam żadnej żywej, dynamicznej propozycji religijnej.
Niektórzy z tradycjonalistów, jak Guénon, łudzili, się że taką rolę może
odegrać islam, co jest złudzeniem, chociażby z tego powodu, że procesy
rozkładowe jakie dokonują się w ramach islamu jeszcze się nie zamanifestowały.
Islam jest religią o 600 lat młodszą od chrześcijaństwa, stąd jest mniej więcej
na tym poziomie, na którym chrześcijaństwo było w wieku XIV. I to jest
przyczyną jego pozornej ekspansywności, ale to może się wyczerpać i z pewnością
się wyczerpie. Oczywiście jest szansa, że ten kryzys, jaki przechodzi obecnie
chrześcijaństwo, jest tylko przejściowy. Kościół nie jeden raz przeżywał
momenty kryzysowe. Może moja czy Evoli ocena co do możliwości chrześcijaństwa w
kwestii powstrzymania rozkładu współczesnej cywilizacji jest zbyt
pesymistyczna. Istnieje taka szansa, że nastąpi powtórna manifestacja tendencji
tradycjonalistycznych w chrześcijaństwie, tego nie można wykluczać, jest tam
ciągle obecna ta doza elementu tradycjonalistycznego, która może być punktem
zaczepienia do rekonstrukcji ładu moralnego w skali światowej. Jestem jednak
pesymistą. Nie wydaje mi się, żeby chrześcijaństwo w pełni wykorzystywało te
możliwości, które są w nim zawarte. Przyjęło raczej postawę kapitulacji wobec
zjawisk współczesnego świata.
P: Chrześcijanin wierzy, że Kościół nie ma kresu.
O: Religie powstają, rozwijają się i umierają, są inkarnacjami
bóstwa, są formami przejściowymi, które się w pewnym momencie wyczerpują.
P: A fascynacje neopogańskie Nowej Prawicy, czy to ma twoim
zdaniem jakiś sens?
O: Nowa Prawica francuska bardzo silnie akcentowała powrót do
wierzeń pogańskich, ale to nie wyszło. Nie jest bowiem możliwe stworzenie w
sposób czysto intelektualny formacji religijnej, nie jest możliwy powrót do
religii, która się już dawno przeżyła. Nie można koncypować nowej religii,
chyba że przyjmuje się rolę proroka nowej wiary. Ale akurat Nowa Prawica takim
zadaniem nie była się w stanie obarczyć i do tego nie pretendowała. Nie sądzę
aby próby rewitalizacji starych, wymarłych, czy wegetujących religii, były
tutaj próbą wyjścia, to jest absurd. Co najwyżej stoczymy się do poziomu
jakiegoś komicznego towarzystwa, które będzie oddawać cześć Odynowi, Zeusowi
czy też Mitrze, nie o to chodzi. Jeżeli przyjmujemy w dziejach rolę czynnika
sprawczego innego aniżeli ludzki, musimy mu zaufać. Jeżeli takie są plany
Opatrzności, że w nadchodzącym cyklu to chrześcijaństwo, islam czy cokolwiek
innego ma odegrać jeszcze raz swoją rolę, to może tak będzie. Jeżeli to będzie
zupełnie inna religia, nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć, ale na pewno nie
można religii stworzyć na bazie intelektualnych spekulacji odosobnionych
jednostek.
P: Czy podzielasz moje zdanie, że w Nowej Prawicy dominuje przede
wszystkim wątek apokaliptyczny? W tym nurcie mieszczą się zresztą silne wątki
ezoteryczne, a nawet lucyferiańskie. Fernando Marquez, wydawca pisma
hiszpańskiej Nowej Prawicy, pisze wprost o potrzebie rewolucji pod znakiem
Lucyfera.
O: Ta apokaliptyczność to raczej konstatacja stanu istniejącego. Już
mamy do czynienia z inwazją barbarzyńców, nie w sensie inwazji emigrantów z
Trzeciego Świata, jak niektórzy to trywializują, ale w sensie inwazji pewnego
światopoglądu, pewnej barbarzyńskiej moralności, podejścia do sfery religii,
moralności, estetyki, kultury. W zasadzie rewolucja dokonuje się od wielu już
lat na naszych oczach, tylko, że nie jest to rewolucja polityczna, tylko o
wiele głębsza rewolucja antyreligijna, rewolucja profańska, antysakralna, która
trwa tak na dobrą sprawę już od wieku XVI, od czasów reformacji. Rewolucja,
która wywraca cały porządek społeczny, moralny , religijny. Pocieszające jest
to, że doszliśmy ad absurdum, ta rewolucja zaczyna negować samą siebie. Procesy
zaszły tak daleko, że w zasadzie stoimy u progu nowego cyklu, który
niekoniecznie musi się kończyć jakąś totalną katastrofą, apokalipsą, być może
będzie to przejście o wiele łagodniejsze. Nikt nie wie jak następują przemiany
cykliczne dziejów. Jak następuje przeskok z jednej fazy cywilizacji do drugiej,
gdyż nikt nie pamięta początku obecnego cyklu cywilizacyjnego. Nie mamy żadnych
świadectw na ten temat. To, o czym pisze Marquez, jest wpisane nie tyle może w
koncepcję evoliańską, bardziej tutaj czerpie z dorobku Jüngera. Jest to pewna
próba znalezienia się w obecnej rzeczywistości człowieka, którego trawi
aktywizm. Środowisko skupione wokół Marqueza gustuje w tych wszystkich prądach
dziejowych, które były wywrotowe, nonkonformistyczne, a więc sekty
nieortodoksyjne w ramach wielkich religii, sekty gnostyckie, stąd ta jego
koncepcja. Myślę, że koncepcja rewolucji pod szyldem anioła Lucyfera, anioła
buntu, oznacza jednak symbol.
P: Evola, Guénon w otwarty sposób nawiązują do myśli ezoterycznej,
wiedzy okultystycznej. Czy czują się oni w jakimś stopniu spadkobiercami tej
tradycji?
O: Nie tyle czują się spadkobiercami, co próbują odnaleźć w tychże
nurtach owe ziarno tradycyjnej prawdy, które mogło się tam przechować. Jeżeli
już gdzieś się ona zachowała, to właśnie wśród tego rodzaju ezoterycznych
bractw, które zajmowały się studiowaniem tradycji niedostępnej dla profanów.
Ortodoksja konserwowała źródło prawdy objawionej dla jednej religii, która
niekoniecznie pokrywała się z pierwiastkami prawdy w ujęciu
tradycjonalistycznym. W ramach wielkich religii pewne grupy ezoteryczne sięgały
głębiej, drążyły te prawdy, które były niewygodne z punktu widzenia ortodoksji,
które nie pasowały do jej generalnego oblicza i pulsowały podskórnie. Stąd
nadzieja wielu myślicieli tradycyjnych, aby sięgać do tych nurtów.
P: Czyli takim właśnie depozytem tradycji ma być ta myśl na
marginesie ortodoksji, myśl heretycka, ezoteryczna. Główne zainteresowanie
tradycjonalistów dotyczy islamu nieortodoksyjnego, dotyczy sufizmu,
muzułmańskich sekt, które pojawiły się na marginesie czy też wbrew oficjalnemu
nurtowi islamu. Podobne zainteresowania okultystyczne ujawniły się także w
nazizmie niemieckim. Oni także poszukiwali tej pierwotnej świętej wiedzy.
O: Rzeczywiście, stowarzyszenie Ahnenerbe próbowało drążyć te
tematy, co prowadziło niekiedy do interesujących konkluzji. Natomiast sam
nazizm, który werbalnie odwoływał się do pierwotnej religii rasy aryjskiej, był
bardzo powierzchowny i całość zagadnienia traktował instrumentalnie
politycznie. Ezoteryczna materia, która objawiła się w nazizmie została
przejęte z różnego rodzaju stowarzyszeń, takich jak loża Thule, na długo przed
powstaniem partii nazistowskich i ta ezoteryka została zaadoptowana utylitarnie
przez ideologów partii nazistowskiej. Chyba najpoważniejszym błędem niemieckich
badaczy tradycji aryjskiej, było przecenianie czynnika rasowego, czynnika krwi.
Wyraźnie zdystansował się od tego Evola, kiedy uznał, że decyduje o wszystkim
oblicze duchowe człowieka, a nie kwestie antropologiczno-rasowe. To jest
wulgaryzacja i sprowadzenie rozważań na poziom czysto materialistyczny.
Dekadencja świata nie dokonała się dlatego, że nastąpiło mieszanie ras,
mieszanie się rasy indoeuropejskiej, czy generalnie rasy hiperborejskiej z
rasami innego kręgu cywilizacyjnego. Kryzys powstał raczej z powodu kapitulacji
duchowej, przyjmowaniu pierwiastków duchowo-religijnych zupełnie sprzecznych z
tradycyjną wizją aryjską . Przykładem może być ludność krajów skandynawskich,
która w bardzo dużym stopniu zachowała cechy nordyckie, aryjskie, natomiast na
poziomie mentalnym, duchowym, religijnym stoi dużo niżej niż niektóre plemiona
afrykańskie. Nie ma żadnej korelacji pomiędzy dziedzictwem krwi a
dziedziczeniem duchowości. Może zachodzić oczywiście związek między
przestrzeganiem dziedzictwa duchowego z zachowaniem własnej tożsamości
etnicznej, dlatego zrodziło się później złudne przekonanie, że tylko
pielęgnowanie czynnika biologicznego, etnicznego może doprowadzić do zachowania
pewnych wartości. Tymczasem tak nie jest. Zachowanie tej tradycyjnej duchowości
pociąga za sobą wystrzeganie się przejmowania duchowości i mentalności
cywilizacji przeciwnej.
P: Aby podtrzymywać ducha tradycjonalizmu integralnego potrzebne
są pewne procesy inicjacyjne, rytuały. Tego przecież nie ma.
O: Evola doszedł do wniosku, że przekazywanie dziedzictwa tradycji
jest możliwe, jeżeli istnieje zinstytucjonalizowana formacja, która posiada
rytuały, posiada pewne określone techniki inicjacyjne. Natomiast w
przeciwieństwie do Guénona, który uważał że coś takiego zachowało się w islamie
- stąd jego konwersja na islam - Evola doszedł do wniosku, że nic takiego nie
istnieje. Nawet jeżeli takie organizacje istniały w ciągu dziejów, to zdążyły
się już zdegenerować.
P: Ale Evola miał okres fascynacji tantryzmem, jogą kundalini, czy
tu nie upatrywał jakichś mechanizmów inicjacji?
O: Widział w nich tylko techniki indywidualne. Doszedł do wniosku,
że w dzisiejszym świecie nie ma zinstytucjonalizowanej tradycji, możliwa jest
zatem tylko inicjacja indywidualna. Jesteśmy skazani na samotne poszukiwanie. Z
powodu braku zinstytucjonalizowanych form przekazu trudno mówić o racjonalnym
doborze środków. Skazani tutaj jesteśmy na pewien chaos, wybór jednostkowy i to
jest może największym niebezpieczeństwem. Nawet zastosowanie pewnych technik
jogi tantrycznej, czy określonych technik istniejących w dawnych cywilizacjach,
które są w zachowanych tekstach, może prowadzić donikąd. Ale z drugiej strony
możliwa jest pewna iluminacja, możliwa jest pewna inicjacja wewnętrzna
człowieka, bez zastosowania określonych technik, na zasadzie czystego
olśnienia, iluminacji, dokonującej się pod wpływem kontaktu z danym tekstem,
kontaktu z samą ideą, czy wręcz pod wpływem jakichś tam wydarzeń. Moja
pesymistyczna konstatacja na temat słabości wielkich tradycyjnych religii może
napawać rozpaczą człowieka, dlatego że tylko te systemy religijne mogły dawać
ludziom sprawdzone techniki inicjacyjne i umożliwiać przywrócenie tego
intensywnego kontaktu człowieka ze sferą nadnaturalną, ze sferą transcendencji,
przywrócić relację człowiek - sacrum.
P: Jak odnosił się Evola do takich technik, jak np.: środki
psycho-aktywne, czy inicjacja lewej gnozy seksualnej?
O: Środki te są akceptowane, ale tylko jeżeli są stosowane z pełną
świadomością niebezpieczeństw, jakie ze sobą niosą i przez ludzi, którzy wiedzą
do czego dążą. Jednocześnie zdają sobie sprawę, jak cienka jest granica, której
przekroczenie spowodować może nieodwracalne skutki. Sięganie po pewne techniki
może doprowadzić do destrukcji duchowości człowieka o wiele łatwiej, niż do
otwarcia się jego na wymiar transcendentny.
P: Evola lub Guénon odrzucali sakramenty?
O: Słabością rytuału sakramentalnego była jego powszechna
dostępność, jego egalitarność. Ten system ma sens, kiedy jest uzupełniany
technikami inicjacji świeckiej, jak np.: pasowanie na rycerza w wiekach
średnich, techniki inicjacyjne w cechach w średniowieczu, korporacjach, kiedy
przyjmowano jednostkę do bractwa. Wówczas ten podstawowy kanon, który pozwalał
jednostce wkroczyć w krąg rodziny chrześcijan, jednocześnie był uzupełniony
rytuałami, które pozwalały im jeszcze bardziej zakorzenić się w wąskiej grupie
społecznej. Kiedy te hierarchie się rozmyły, gdy zabrakło elementów inicjacji
świeckiej, pozostawienie tylko tego egalitarystycznego, powszechnie dostępnego,
nieobwarowanego właściwe żadnymi szczególnymi wymogami dostępu do owej
szerokiej rodziny chrześcijan, jest zbyt słabe, nie stanowi tu żadnej
szczególnej wartości. Ludzie przyjmują to zupełnie mechanicznie, bez głębszego
zastanawiania się nad głębszym sensem, istotą tych rytuałów.
P: Chrześcijanie wierzą że sakramenty mają moc obiektywną, że są
rzeczywiście żywą obecnością ciała i krwi Chrystusa, że sakrament spowiedzi
rzeczywiście działa. Czy Evola zastanawiał się nad obiektywną realnością tego?
O: Evola uważał to za niewystarczające i powierzchowne. On negował
plebejsko-egalitarystyczny charakter chrześcijaństwa. A technika inicjacyjna
dostępna ogólnie, która nie stanowi tylko pierwszego progu, ale wyczerpuje
właściwie wszystko, jest niewystarczająca. Z tym powinny iść jeszcze inne
inicjacje, głębsze, wprowadzenie do jeszcze wyższej i węższej formy
uczestnictwa w sacrum.
P: Czy mit pierwotnych ludzi, którzy byli czymś pomiędzy
człowiekiem a bóstwem, był czymś zarezerwowanym dla nielicznej grupy? Czy ta
społeczność była zhierarchizowana?
O: Studia nad tekstami źródłowymi, nad Wedami, nad mitologią
germańską, pokazują, że ten pierwotny okres funkcjonowania cywilizacji
hiperborejskiej charakteryzował porządek egalitarystyczny, ale nie w takim
sensie jak egalitaryzm współczesny. Była to równość nielicznych na wyższym
poziomie, konieczność hierarchizacji nastąpiła wraz z procesem dekadencji
ludzkości. Ludzie tracili więź z sacrum, schodzili jakby na niższy poziom
człowieczeństwa, stąd pojawiło się rozwarstwienie społeczne. To jest bardzo
ładnie przedstawione w hinduizmie, gdzie opisane są poszczególne etapy dziejów
ludzkości, w pierwszej epoce wszyscy byli długowieczni, piękni, żyli w dostatku
i w zasadzie interesowały ich tylko sprawy ducha. Dopiero w drugiej epoce
nastąpiło rozwarstwienie, potem zaczęły się pojawiać kasty itd. Potrzeba
technik inicjacyjnych wiązała się z tym, że wraz z rozwarstwieniem społecznym
nie dało się utrzymać tej pierwotnej czystości duchowej.
P: Cywilizacja hiperborejska opierała się zapewne na specyficznym
ideale moralnym?
O: Życie jednostki ludzkiej zasadzało się na nieustannej walce dwóch
czynników. Elementu słonecznego, który nosimy w sobie i który staramy się
zaszczepiać w otaczającym nas ciemnym świecie, z siłami mroku, z tellurycznymi
siłami antytradycji. Ta walka przede wszystkim rozgrywała się na płaszczyźnie
duchowej. Dopiero w drugim planie ta walka rozstrzyga się w świecie
materialnym, w świecie zewnętrznym. Tą koncepcję dobrze rozumiano w
chrześcijaństwie średniowiecznym, wreszcie w islamie. Muzułmanie mówią o małej
i wielkiej wojnie świętej. Wielka wojna to jest ta wojna, którą wyznawca islamu
toczy w sobie, z własną słabością, z siłami natury. Mała święta wojna to jest
"dżihad", którą toczy się z innowiercami. Podobnie było w chrześcijaństwie
średniowiecznym. Na uwagę zasługuje tu tekst św. Bernarda z Clairvaux "Pochwała
nowego rycerstwa". Święty bardzo obrazowo rysuje koncepcję wojny za wiarę,
wojny, która rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Gdzie bynajmniej ta
płaszczyzna zewnętrzna nie jest ważna, bo nie ma znaczenia czy dany rycerz
chrześcijański zwycięży, czy zginie. Niezależnie od tego, jaki będzie efekt
jego walki fizycznej, to najważniejsze jest to, że toczy on walkę wewnętrzną z
siłami ciemności i szatana w sobie. Ta doktryna oderwana od płaszczyzny
duchowej, tylko w wymiarze materialnym, sprowadza się do czystego
barbarzyństwa, do kultu siły. To pojawia się w próbach reinkarnacji wierzeń
germańskich, chociażby w nazizmie, gdzie pozbawione to było treści.
P: A powiedz mi, czy ta koncepcja tego mitu tradycjonalnego
społeczeństwa jest analogizującą do mitu genesis, początku, jak jest to w
chrześcijaństwie. Także jest jakaś katastrofa kosmiczna, taką katastrofą jest
upadek aniołów, upadek człowieka na skutek grzechu, jak tutaj wygląda koncepcja
grzechu?
O: To jest właśnie podstawowy element różnicujący wizję
tradycjonalizmu integralnego z wizją chrześcijańską. Koncepcja tradycjonalna
nie zakłada, że cierpimy na ziemi za karę, z powodu grzechu praojców. Pierwotna
religia aryjska nie zna pojęcia grzechu, winy, pokuty. Wręcz przeciwnie, jest
tam obecny pierwiastek dowartościowania - jesteśmy nosicielami światła,
jesteśmy rasą solarną, jesteśmy tutaj dlatego, że mamy spełnić pewną misję.
Mamy tu i teraz stworzyć porządek, który jest sankcjonowany prawem boskim, mamy
stworzyć tutaj taki ład, jaki rządzi w całym wszechświecie. Poprzednia
cywilizacja stworzyła chaos, my mamy przywrócić zachwiany ład kosmiczny, taka
jest nasza rola tutaj.
P: Czyli naszą cywilizację poprzedzała inna jeszcze cywilizacja,
która przeżyła jakąś katastrofę kosmiczną?
O: Są takie szczątkowe ślady w mitach indoeuropejskich, ale
przejawia się to także w mitologii cywilizacji prekolumbijskiej Ameryki, że
istniały cywilizacje starsze niż obecna, że istniała cywilizacja lemuryjska.
Przeszła ona prawdopodobnie ewolucję podobną do tej, jaką przechodzi obecna
cywilizacja, mająca swoje źródła ma w solarnej tradycji hiperborejskiej.
Cywilizacja lemuryjska zdegenerowała się i w końcowej fazie stoczyła się do
poziomu niemalże zwierzęcego. Jej formami późnymi są ludy z poza kręgu
indoeuropejskiego.
P: Powiedziałeś, że nie pojawia się koncepcja grzechu. W tym
rozumieniu cywilizacyjnym odkupieńcza śmierć Chrystusa nie ma sensu. Od czego
On miałby odkupywać, jeśli grzech by nie istniał. W tym sensie całe
chrześcijaństwo jakby traci sens. Jeśli nie ma sensu Jego męka odkupieńcza,
wówczas także nie ma potrzeby zmartwychwstania, wszystko się burzy. W tym
sensie chrześcijaństwo jest pożałowania godne na tle tego aryjskiego mitu
tradycjonalistycznego, czyż nie tak?
O: Nie do końca pożałowania godne. Natomiast odkupieńcza śmierć jest
to koncepcja typowa dla innego kręgu cywilizacyjnego niż aryjski, właśnie dla
religijności typu lunarnego; bardzo podobne elementy znajdujemy w kulcie
Tybele, gdzie jest element kochanka bogini, który zostaje zamordowany, potem
zmartwychwstaje, podobny element pojawia się w wielu religiach z kręgu
lunarnego, tellurycznego. Rzeczywiście w koncepcji heroiczno-solarnej nie za
bardzo ma on zastosowanie, więc to jest słabość chrześcijaństwa czy raczej
dualizm, który zawsze w nim istniał. Bo z jednej strony zaadaptowało ono bardzo
wcześnie elementy tradycji hiperborejskiej, aryjskiej, ale z drugiej strony
jego źródła nie są indoeuropejskie i stąd ta sprzeczność, która nadawała wymiar
tragicznego patosu i dynamizowała chrześcijaństwo.
P: Do jakiego nurtu zaliczasz zatem ludy semickie?
O: Należą one do odrębnego kręgu cywilizacji
antytradycjonalistycznej. Chociaż też pojawiały się tam pewne pierwiastki
tradycjonalistyczne. Nie mamy już do czynienia z religiami i z cywilizacjami w
sensie czystym. Wzajemne przenikanie się paradygmatów następowało i w jedną i w
drugą stronę.
P: Czy w tej pierwotnej wizji ludów aryjskich jest wizja np.
zbawienia, czy jest coś takiego, jak potrzeba zbawienia, zmartwychwstania? To
jest zasadnicza różnica, jeśli tego nie ma, z chrześcijaństwem.
O: Nie ma potrzeby zbawienia, skoro nie ma grzechu pierworodnego.
P: A jak jest z kresem? Czy potrzeba nieśmiertelności jest tam
zaspakajana? Czy oni są nieśmiertelni?
O: Jest zaspakajana - dlatego, bo każdy jest nosicielem tego
pierwiastka nieśmiertelnego, jakim jest dusza. Po wyczerpaniu się ziemskiego
okresu następuje powrót duszy do miejsca skąd przyszła, jej reintegracja z
bóstwem.
P: Czy uważasz, że myśl evoliańska jest prefiguracją współczesnego
New Age? Takie zarzuty zdarza się słyszeć o Evoli.
O: Można znaleźć wiele podobnych elementów we współczesnym New Age
to prawda. Evola zresztą wpisuje się w szersze grono myślicieli, którzy są
nawet bardziej strawni dla newagersów, chociażby jak Guénon czy Crowley, który
jest już w pełni akceptowany przez te kręgi, czerpią z niego pełnymi garściami.
P: Jakie kontakty były pomiędzy Evolą a Crowleyem?
O: Wątpię, aby pozostawali w zażyłości, ponieważ Evola niezbyt
entuzjastycznie podchodził do Crowleya. Umieszczał go w gronie tych wszystkich,
którzy tworzą jakieś pseudospirytualistyczne doktryny, poddał to towarzystwo
druzgoczącej krytyce. Zagadnienia, które porusza Crowley, powinny być chronione
przed okiem profanów. Jeżeli rzeczywiście dotarł do jakiś pokładów wiedzy
świętej, to to,co z nią uczynił, akurat nie zasługuje na pochwałę.
P: Czy można przypuszczać, że Evoli współczesny New Age by się
podobał?
O: Sądzę, że zdecydowanie nie.
P: Dlaczego?
O: Chociażby dlatego, że jest to wulgaryzacja okruchów tradycji,
które jeszcze się zachowały. Nadinterpretacja tych treści przynosi raczej
szkodę niż pożytek. New Age otwiera na inny wymiar człowieka, ale ciągnie nie w
górę, a w dół.
P: Czy już definitywnie zarzuciłeś swój związek z ruchami
narodowo-rewolucyjnymi? Czy uważasz, że ich działalność jest pozbawiona sensu?
O: Nie byłbym w stanie się angażować bez przekonania w akcje typowo
polityczne narodowego radykalizmu.
P: A co sądzisz o aktywności Nowej Prawicy na Zachodzie? Czy one
podobnie nie są anachroniczne? Zresztą jak nazywać te formacje nadal
prawicowymi, skoro współpracują z organizacjami lewackim, narodowymi
bolszewikami, trockistami?
O: Jest to oczywiście pojęcie umowne, bo już w latach 30. i 20.
można było zauważyć, że tradycyjny podział na prawicę i lewicę nie ma większego
sensu, istotny podział dotyczył w latach 20. i 30. akceptacji rzeczywistości
kapitalistycznej, mieszczańskiej lub braku akceptacji, który łączył radykałów
komunistycznych i narodowo-rewolucyjnych. Obecnie podział dotyczy tych, co
akceptują system demoliberalny lub nie. Problemem pozostaje to, na ile ta
kontestacja jest szczera. Wydaje mi się, że dzisiaj ruchy narodowo-rewolucyjne
o wiele autentyczniej kontestują system niż ruchy lewackie i anarchistyczne,
które w rzeczywistości poszły na daleko idące kompromisy z systemem i stały się
właściwie częścią systemu, tworzą najwyżej element kontestacji koncesjonowanej.
P: Na czym miałaby polegać rzeczywista kontestacja?
O: Chodzi o odrzucenie wszystkich dogmatów uświęconych w
społeczeństwie postindustrialnym, dogmatów dotyczących egalitaryzmu,
demokracji, dogmatów dotyczących rzekomej wolności i równości, dogmatów
dotyczących takich tematów tabu jak społeczeństwa wielokulturowego,
wielorasowego. To są uświęcone dogmaty, które nie mają żadnego racjonalnego
uzasadnienia.
P: Jak tłumaczyć twoją fascynację Legionem Michała Archanioła?
O: Legion Michała Archanioła był w latach 30. w bardzo dużym stopniu
organizacją realizującą ideały tradycjonalizmu integralnego, zresztą sam Evola
wysoko cenił Legion i Codreanu. Była to próba stworzenia organizacji, która
stanowiłaby oazę wartości tradycyjnych we współczesnym świecie. W Legionie
stworzono wewnętrzną hierarchię, własne rytuały inicjacyjne, opracowano model
wychowania nowego człowieka, który mógłby podjąć walkę z dekadenckim
społeczeństwem.
P: Jak się miał element chrześcijański, na który zwracał uwagę
Codreanu, do integralnego tradycjonalizmu?
O: Legion wyrósł w kulturze prawosławnej, która w większym stopniu
niż katolicyzm zachowała treści tradycjonalistyczne, nawet pewien ładunek
ezoteryczny. Także przywiązanie do rytuału odporne było na prądy
modernistyczne. Trzeba też pamiętać o tym, że ruch Codreanu wcale niekoniecznie
żył w doskonałej symbiozie z oficjalną Cerkwią. Było to jednak chrześcijaństwo
pojmowane bardzo specyficznie. Przypomnijmy takie idee jak wojna za wiarę, czy
idea człowieka działającego jako narzędzie w ręku Boga. Legioniści wykonywali
egzekucje na urzędnikach państwowych, a nawet na premierze Duce. Czuli się
narzędziami sprawiedliwości bożej, działali po to, aby przywrócić zakłócony
porządek moralny. Nie jest to typowe chrześcijaństwo. Manifestowały się tam też
rytuały prechrześcijańskie, pogańskie, chociażby kult solarny. W podręczniku
dowódcy gniazda jest opisany rytuał spotkania członków gniazda, gdzie na
początku wszyscy pozdrawiają słońce wyciągniętą dłonią. Dodać można jeszcze
kult przodków, kult ziemi, woreczek z ziemią, który nosili na piersiach
legioniści. Wzywanie na pomoc duchów poległych legionistów, aby wsparli w
chwilach prześladowań. Jest to więc chrześcijaństwo złożone z wielu elementów,
które wykraczają poza doktrynę chrześcijaństwa ortodoksyjnego.
P: Co to wszystko znaczy dla ciebie osobiście, czy traktujesz to
jako pewną wiedzę akademicką, czy to znaczy dla ciebie coś więcej, że w to
wierzysz i uczestniczysz w tym porządku, czy sam czujesz się jakoś osobowo
zaangażowany w te sprawy?
O: Jestem ciągle na etapie próbowania, adaptowania tej wizji na
własne potrzeby, aniżeli na etapie życia już według tych zasad. Nie mam
poczucia, że odkryłem prawdę absolutną.
P: A jak odnajdujesz się w rzeczywistości chrześcijaństwa
tradycyjnego. Czy pojmujesz siebie jako katolika, czy też nie jest to twoja
wiara w sensie angażującym ?
O: Na pewno z punktu widzenia osób z zewnątrz nie uznano by mnie za
katolika czy chrześcijanina, w sensie obiegowym. Balansuję gdzieś na
pograniczu, ciągle nie przekroczyłem jeszcze tego progu, ani odejścia, ani
wejścia. Jestem z katolickiej rodziny. Najbardziej brakuje mi w
chrześcijaństwie współczesnym czegoś głębokiego, mistycznego przeżycia ofiary
we mszy świętej, tego nie mogę odnaleźć nie tylko we mszy nowego rytu, ale
nawet we mszy tradycjonalistyczej. To bardzo przykre, ale nie czuję żadnej
więzi z Bogiem.
rozmawiał: Michał Kietlicz
|